Archiwum 16 października 2015


paź 16 2015 Początek - czyli na dalekich wodach
Komentarze: 0

Na początku osiemnastego wieku, gdy na Morzu Karaibskim i innych odległych wodach roiło się od pirackich statków, John Fields został członkiem załogi na brytyjskim galeonie handlowym. Mimo że był cieślą, potrafiącym naprawić właściwie każdy drewniany przedmiot, nie cieszył się podczas żeglugi specjalnymi względami. Odpoczywał w nocy, jak reszta, a za dnia szorował pokład lub pomagał dbać o żagle. Jadł suchary, groch i suszone ryby, rzadziej solone mięso z beczki. Wypróżniał się za burtę albo do wiadra. Czasem obserwował marynarzy cierpiących z powodu szkorbutu, tracących siły, aż do konieczności zejścia na ląd, a także śmierci.


    Po roku żeglugi nabrał męskich rysów twarzy, spalił skórę w słońcu i wyrzeźbił mięśnie dzięki wspinaczce na wysokie maszty. Wprawdzie wciąż nie miał odwagi nazwać się wilkiem morskim, doskonale już jednak czytał pogodę. Nierzadko wykonywał polecenia bosmana, nim ten zdążył wypowiedzieć słowo, na co załoga reagowała śmiechem. Po prostu stał się człowiekiem morza. Odwiedził Barbados, Jamajkę, kilka brytyjskich portów położonych na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej.


    Prawie zawsze pływali z cennym towarem w towarzystwie kilku statków handlowych i eskorty okrętu wojennego, jednego lub dwóch, co miało utrudnić rabunek. Lecz krążyły opowieści o abordażach dokonywanych nawet na jednostkach silnie obsadzonych działami, więc rozumiał, że bezpieczeństwo jest złudne. Piraci potrafili zaatakować na lądzie, w nocy lub dzień, a strach, który wzbudzali, zwykle sprawiał, że napadnięci wpadali łatwo w panikę, przez co tracili szanse na skuteczną obronę.


    Kiedy cieśla z trzydziestudwudziałowego okrętu "Lisi Kieł", należącego do Królewskiej Marynarki Wojennej, dostał kosę pod żebro w barowej bójce, po czym zbladł na twarzy z upływu krwi i opuścił ziemski padół, John został przymusowo przeokrętowany.


    Wcale nie tęsknił za flotą handlową. Marzył teraz o zobaczeniu bitwy morskiej, dopłynięciu do Indii, przeżyciu wielkiej przygody, o jakich opowiadali starzy żeglarze podczas posiłków. A nasłuchał się nie mało. Najbardziej chciał ujrzeć nimfę morską, by przekonać się, jak wyglądają. Nie był pewien, czy czasem nie został okłamany, wrzucony w wir półprawd oraz legend. Dlatego nie dzielił się z nikim przemyśleniami.


    O świcie, po uzupełnieniu ostatniej części zapasów, młody wiekiem kapitan wydał komendę opuszczenia portu i skierowania się na południe w kierunku wysp Bahama. Żagle złapały wiatr. Początkowo płynęli wzdłuż brzegu, a potem wielu oglądało wybrzeże oddalające się stopniowo, godzinami, by ostatecznie zniknąć z oczu, nawet człowiekowi na bocianim gnieździe. Dopiero po dwóch dniach dotarli na wody otaczające Florydę i ucieszyli się widokiem kawałka plaży. Ląd był jednak niebezpieczny, pełen wrogich ludów, również niezliczonych tajemnic, czekających na śmiałków gotowych zaryzykować życiem.


    Nikt z załogi, poza kadrą oficerską, nie wiedział nic o celu podróży, ani zadaniu, jakie mogli mieć do wykonania. Ludzie bawili się więc w zgadywanki, a John nieustannie milczał. Wolał czerpać przyjemność ze spokoju, jaki niosły fale. Dopłynęli w końcu do Kuby, skąd obrali kurs na Morze Karaibskie. Wówczas gruchnęła wieść, że zapolują na "Czarnorękiego", który złupił w poprzednim miesiącu trzy jednostki. Przeprowadzono próbny alarm bojowy, a gdy dzwonek okrętowy ucichł, opuścili broń, po czym z bocianiego gniazda rozległ się wrzask, że na horyzoncie widać statek handlowy pod brytyjską banderą.
    - Jakie rozkazy? - spytał pierwszy oficer.
    - Eskorta - odrzekł bez namysłu kapitan i natychmiast obrali kurs na zbliżenie.
    Sternik pogwizdywał wesoło, ale cicho, żeby nikogo nie drażnić. Część załogi, łącznie z Johnem, szybko podchwyciła melodię i razem nucili słowa.
    - To okręt wojenny. Nie knajpa! - zdenerwował się pierwszy oficer. - Uciszyć to bydło? - zasugerował, kręcąc głową jak nawiedzony.
    - Niech śpiewają głośniej. Niech wszyscy śpiewają! - ożywił się kapitan, wspominając okres zabawy sprzed paru lat. Zdzierali więc gardła na starej marynarskiej pieśni. Nawet bosman, dotychczas utrzymujący surowy wyraz twarzy, pomrukiwał w rytm dźwięków. Natomiast kapitan wyjął lunetę, by przyjrzeć się napotkanej jednostce. Cięła wodę z wiatrem, jednak nie na pełnych żaglach. Po pokładzie kręciło się kilku ludzi, a ktoś na rufie machał czapką na powitanie.


    Później było już można, bez przyrządów optycznych, widzieć wyraźnie statek handlowy. Toteż kapitan nakazał uciszyć śpiew i powtórzył, że w imię Jego Królewskiej Mości udzielą przyjacielskiej eskorty. Wydał komendę, by obrać kurs równoległy, albowiem chciał zapytać o cel podróży oraz ładunek. W tym czasie John wspominał ojca, zmarłego na cholerę, a także matkę, która odeszła do wieczności wraz z dzieckiem podczas porodu. Nie pamiętał rodziny dobrze, jedynie jak przez gęstą mgłę, zacierającą ślady.


    Załogi obu okrętów mogły już wymienić buty, gdyby zechcieli rzucać. Niemal wszyscy po przyjacielsku uśmiechali się, machali, gdy wtem kapitan wrzasnął gwałtownie, ile miał tchu, by wykonać zwrot bojowy na lewą burtę, a sternik od razu zakręcił kołem. Ale nie było czasu. Ze zbliżającego się statku, jak pajęczyna, wyleciały liny z hakami, które zaczepiły o burtę lub takielunek. Dopiero wtedy załoga Lisiego Kła w popłochu chwyciła za broń. Równocześnie dwie armaty atakujących wypaliły kartaczami, zabijając kilku brytyjskich żołnierzy i raniąc paru innych. Na wrogim maszcie zawisła piracka bandera, zaś obydwa pokłady zapachniały wonią wybuchającego prochu i pokryły się obłokami białego dymu z luf pistoletów skałkowych. Zaskoczenie było totalne. Ani jedno brytyjskie działo nie wystrzeliło i niektórzy tylko żołnierze dobyli strzelb. Piraci dokonali abordażu. Cięli kordelasami kogo mogli, usiłując jedynie nie zabić kapitana, co czynili wiążąc go walką.


    John początkowo bronił się wiadrem z nieczystościami, a potem ratował ucieczką na olinowanie, gdzie sprawnym skokiem uniknął kuli. Już w chwilę później był goniony przez uzbrojonego pirata. Uciekał dzielnie jak wiewiórka po pniu drzewa przed kuną, aż odgłosy walki na dole ucichły, przemieniając się w jęki rannych, nieustająco zamierające za sprawą ostrzy przebijających serca. Część piratów skupiła się na patrzeniu w górę.
    - Łap go! Tnij brudasa! - wrzasnął jeden; i inni też kibicowali, by zabił. Wtenczas John chwycił za luźno zwisającą linę i skoczył, spadając kilka metrów do momentu, gdy lina naprężyła się, tworząc najprostszą z huśtawek, i wykorzystał rozpęd, by uderzyć nogami w tułów ścigającego go pirata, który od razu spadł wprost na twarde deski pokładu. Skręcił kark i wrzawa na dole zmieniła się w ciszę. Teraz już każdy spoglądał w górę. Szybko ruszyli całą chmarą na olinowanie, chcąc dopaść Johna.
    - Stać! Psie syny! Stać! - wrzasnął Czarnoręki, i zobaczywszy, że jeden nie posłuchał, wystrzelił tak, że kula świsnęła koło ucha nieposłusznego. - Zejdziesz, kurwa mać, czy mam cię zestrzelić? - zwrócił się tym razem do Johna.
    W międzyczasie inny pirat związywał zakrwawione ręce brytyjskiego kapitana i spytał, czy jest szlachcicem, by dowiedzieć się o przydatności do ściągnięcia okupu. Ten odrzekł, że nie.
    - Kimże jesteś, ty na górze? Diabłem? Ha! Chodźże no tu! A poznasz moją łaskę - mówił Czarnoręki, więc John, nie widząc innej możliwości, zszedł. Dwóch piratów zaś wdrapało się na bocianie gniazdo, by zabić człowieka, który się ukrywał. Ostatni krzyk bitwy rozbrzmiał na Lisim Kle, jakby kto kota obdzierał ze skóry.
    - Jestem okrętowym cieślą - odezwał się John.
    - Cieślą? - zdziwił się Czarnoręki. - Skaczesz jak parszywa małpa. Wejdź na nasz okręt albo wybierz śmierć.
    - Będę niewolnikiem?
    - U nas wszyscy są wolni - oznajmił, a John skinął głową na znak, że chce się przyłączyć; i podniósł z desek kordelas, należący do pirata strąconego z wysokości.
    Pół tygodnia banda bawiła w jednym z karaibskich portów, natomiast John naprawiał drewniane elementy na obu statkach, uszkodzone podczas walki i wydobywał niektóre kule wbite w miejsca, gdzie przeszkadzały. Myślał o ucieczce. Gdyby tylko wiedział dokąd, jakim sposobem, z pewnością by nie zwlekał.


    Rankiem wypłynęli w morze, na dwóch okrętach ze skompletowanymi załogami. Czarnoręki chciał zapolować na statki handlowe. Teraz miał do dyspozycji szybki okręt wojenny i nie musiał obawiać się statków eskorty, tym bardziej że nie zamierzał rezygnować z podstępu. Nakazał pożeglować w kierunku Martyniki. Zabronił także załodze sięgania po rum. Zapowiadała się kolejna bitwa, co wszyscy przeczuwali, a najbardziej stara załoga.


    W nocy w oddali mrugały błyskawice. John Fields poznał, że zapowiadają ciężki sztorm. Nie inaczej sprawę odczytał Czarnoręki, który nakazał zwinąć żagle. Czekali w napięciu na pierwsze duże fale. Część spała pod pokładem. Niewiele po północy rozpadało się niemal tak, jakby wpłynęli pod wodospad. Pioruny trafiały w wodę blisko statków, dając co chwilę bladą jasność, pozwalającą widzieć wysokie fale, również dalekie. (fragment)